Rozdział 6. Koniec z wami!

Wracam do pustego domu z głową pełną wspomnień. Praktycznie nie pamiętam przebytej drogi, co nie za dobrze świadczy o mnie, jako kierowcy. Prawdopodobnie mogłabym przejechać jakiegoś biednego rowerzystę i, nawet bym tego nie zauważyła. Jednym słowem, autopilot zadziałał w pełni.

Odtwarzanie tego jak cudownie między nami było, zwłaszcza w tej początkowej fazie, jest tak bolesne, że nie jestem w stanie stłumić szlochu, chociaż próbuję, zaciskając zęby z całej siły. Całe to powracanie do tego co było, jest frustrujące i męczące, bo wiem, że nic już z tego nie wyjdzie, że to koniec, a ja wciąż żywię kurewską nadzieję. Tak. Mam ją. Jestem taką dupą wołową, aż sama w to nie wierzę. Upadłam tak nisko, że zamiast próbować wydostać się z tego dołu, kąpię jeszcze głębiej.

Do dnia dzisiejszego nie wiedziałam, że jeszcze go kocham. To znaczy, przeczuwałam, że tak jest, ale z całej siły starałam się to zakopać, gdzieś głęboko wewnątrz siebie. Tłumiłam miłość wściekłością, nie rozumiałam, że to nic nie da. Mason jest jak cholerny wrzód na dupie! Zamiast zniknąć, rośnie coraz większy, i większy, aż noszenie gaci staje się udręką! Jest dokładnie tak, jak ta kupa psa Rory’ego na moim trawniku! Dopóki jej nie ruszyłam, nie śmierdziała. Jednak kiedy kupa zniknęła, smród pozostał.

 

Wydostaję się z samochodu niczym nie do końca zabalsamowana mumia. Widzę świat wokół mnie, ale nie rejestruję co się dzieje. Zamykam drzwi samochodu. Tylko dlaczego do diaska zapomniałam zabrać dłoń?

– Kurwa jego psia mać! – trzymam się za środkowego palca, którym tak bardzo lubię pozdrawiać kierowców na drodze.

– Żesz ty w dupę, no! – płaczę, zaciskając dłoń w pięść, i rozluźniając ją, zaciskając i rozluźniając. Nie mogę spojrzeć na palca, więc wkładam dłoń pomiędzy nogi i ściskam. Tak cholernie boli!

Czuję łzy lecące po policzkach, i nie wiem czy to przez palca, czy cały dzisiejszy dzień, zyskał swoje pięć minut. Wyciągam dłoń, zerkam na nią i jej, fioletową część i ryczę jeszcze mocniej!

– Zabiję cię! Zabiję cię ty dupku żołędny! – wrzeszczę do nieba. To jego wina! Jego cholerna wina! Rozkwaszę mu ten piękny, prosty nosek przy najbliższej możliwej okazji!

Boże proszę, żeby tylko nie odpadł mi paznokieć!

Tylko nie paznokieć!

 

– Megan? – słyszę głos sąsiada, więc odwracam się w jego stronę, stojąc pod czarującym spojrzeniem.

– Przytrzasnęłam sobie palca! – brzmię żałośnie, wiem o tym!

 

Podchodzi do mnie, prawie biegnąc, niezrażony kobiecymi łzami.

– Pokaż.

– Boję się. – skomlę, na co unosi swoje krzaczaste brwi.

– No bo… jak mi odpadnie paznokieć? – robię wielkie oczy, i wpatruję się w niego niczym kot ze Shreka, czekając na odpowiedź.

– Głuptasie. Nie odpadnie. Pokaż.

– Obiecujesz?

– Obiecuję. – Dla potwierdzenia swoich słów, zdecydowanie kiwa głową.

 

Widząc jego pewną minę, wyciągam dłoń przed siebie, i zamykam oczy. Boję się jego reakcji, albo tego co mogę zobaczyć. Brak paznokcia, krew lejąca się strużkami w dół ciała, moje zasłabnięcie zaraz po tym. Mięso na wierzchu, poharatany palec, albo i go brak!

Czuję jak ujmuje delikatnie moją dłoń, w swoje szorstkie dłonie, o które muszę koniecznie zapytać, bo przecież ktoś pracujący przed komputerem, powinien mieć je gładkie.

Podskakuję, kiedy unosi palec do ust i ten ginie pomiędzy jego wargami. Czerwienię się jak indor z wielkimi jajami i zasycha mi w ustach.

– Rory… – skrzeczę, próbując odchrząknąć. Unosi swój palec wskazujący do góry, jak gdyby mówiąc „daj mi minutkę”, nie puszczając mojego spomiędzy swoich warg. Prawie się przewracam, jak rażona piorunem, czując jego język dotykający kolistymi ruchami mojego opuszka. Istne szaleństwo! Hormony zaczynają wariować i wpływać na postrzeganie rzeczywistości, ponieważ błogie uczucie w podbrzuszu, o którym zapomniałam, że może być spowodowane przez kogoś innego, a nie przez moje palce, razi mnie od dołu do góry.

Uciekam wzrokiem, tak żeby nie patrzeć się na mężczyznę stojącego naprzeciw mnie. On jednak hardo wpatruje się w moją twarz, co dostrzegam kontem oka.

– I jak, lepiej? – pyta, przerywając słodką torturę. Daję słowo, że jeszcze minutka, a miałabym orgazm!

– E… co? – O co mu chodzi?

– Palec, boli jeszcze? – śmieje się.

– Ach, nie. – obracam nim na każdą stronę – nie, nie boli. Dziękuję.

– Cała przyjemność po mojej stronie. Więc Megan… – Nie wiem, albo i może wiem, do czego zmierza, bo jego oczy zdradzają wszystko, więc co robię? Oczywiście to co potrafię najlepiej. Szkoda, że nie ma żadnej dyscypliny na olimpiadzie, bo jak mamę kocham, byłabym numerem jeden!

Zwiewam, ot co. Ekspresowo podnoszę torbę z ziemi i biegnę, niczym struś pędziwiatr do drzwi. Kiedy zamykam je od wewnątrz, opierając o nie głowę, zastanawiam się, co do cholery się dzieje? Biorę udział w jakimś pieprzonym przedstawieniu, pod tytułem Zróbmy sobie jaja z Megan, czy o jaką cholerę chodzi? Ktoś mnie oblał jakimiś suczymi hormonami? Co do kurwy jego pana jest grane?

Tworzę szlak z ciuchów wiodący wprost do łazienki i biorę długi, relaksujący prysznic z wrzątkiem smagającym moją skórę.

 

Reszta tygodnia mija w miarę spokojnie. Zamiast skupiać się na facetach, przykładam się do pracy, tak by nikt nie mógł mi zarzucić braku profesjonalizmu. Chociaż, prawdę mówiąc, w miarę spokojnie, to chyba za duże słowo, jak na to, co się działo.

Problem numer jeden? Justin. Nie wiem jak naprawić relacje między nami. Jak sobie poradzić z tym, co się dzieje, a o czym nawet nie miałam pojęcia? Widzę jak na mnie spogląda, czuję jego wzrok na sobie, kiedy pracuję przy biurku, główkując nad projektem piętrowego klubu, który ma stanąć w jednej z Dublińskich dzielnic. Widzę jak wzdycha za każdym razem, kiedy odwraca ode mnie wzrok. Dlaczego wcześniej tego nie zauważyłam? Czyżbym była, aż taką cholerną, zapatrzoną w siebie, kretynką? Muszę z nim porozmawiać, ale nie mam do tego odwagi. Najgorsze jest to, że oboje czujemy się niekomfortowo, jednak nie wyobrażam sobie mojej pracy i, tego biura, bez niego.

Inna sprawa, w środę przed spotkaniem z klientami, pokazał jak dobrym pracownikiem jest. Kiedy ja gnałam na złamanie karku do pracy, jak zwykle spóźniona, oczywiście nie z mojej winy, bo któż by przypuszczał, że cała ekspresówka zostanie zablokowana? Przecież to nie tak, że specjalnie dla mnie, ktoś, wjechał ktosiowi numer dwa, w dupę. W takich sytuacjach godzina na drodze, to baaardzo długi okres czasu. I kiedy spoglądasz na zegarek co minutę, godzina ciągnie się jak pięć.

 

Wpadłam więc, jak to ja, jak burza na piętro swojego biura, goniąc do konferencyjnej by rozłożyć konspekty projektu, podłączyć laptopa, ułożyć makietę na środku stołu, przygotować napoje i te inne pierdoły i, oczywiście przewracam się na stopniu, którego istnienia pomimo ponad roku pracy, dalej nie potrafię zanotować w głowie. Pluję sama sobie w brodę, dlaczego nie zrobiłam tego wczoraj? Dlaczego jak każdy, kto ma asystenta, nie zagonię go do czarnej roboty? Ach! No tak! Przecież sama potrafię wszystko najlepiej! I jeszcze ta sytuacja między nami. Na domiar złego, w konspektach jest błąd, więc muszę jak najszybciej dodrukować poprawki i wstawić je do sześciu egzemplarzy! Tylko jak? Przecież mam pięć minut!

Więc kiedy podnoszę się po upadku z rozdartymi rajstopami na kolanie, którym przyfasoliłam, wiem, że ten dzień będzie do dupy. Kiedy przekraczam próg konferencyjnej, co widzę?

Wszystko, dosłownie wszystko przygotowane, sześć osób przy stole, trójka kontrahentów i ich doradcy. Napoje rozłożone, makieta na stole. Teczki z całą dokumentacją leżą nietknięte przed każdym z nich. Tylko ja, jak kupa nieszczęścia.

Witam się ze wszystkimi, mówiąc kim jestem i ciesząc się z ich przybycia. Rozglądam się po pomieszczeniu i skupiam swoją uwagę na Justinie, sprawnie manewrującym z tacką w dłoni, pomiędzy krzesłami, częstując gości, pysznie pachnącym naparem z kawy. Kiedy kończy, przepraszam wszystkich na chwilę i opuszczam z nim pomieszczenie.

– Jesteś niezastąpiony, wiesz o tym? – pytam, uśmiechając się szeroko.

– To przecież moja praca – odwraca wzrok, czerwieniąc się przy tym nieznacznie. W tej samej sekundzie przypominam sobie o błędzie!

– Cholera, Jus! W konspekcie i teczce z informacjami jest błąd!- odwracam go w stronę drzwi i popycham dłonią – musisz tam wejść, zabrać im je szybko, zanim komukolwiek przyjdzie do głowy do nich zajrzeć!

Odwraca się uśmiechnięty:

– Spokojnie Megan! Przejrzałem twoje notatki – więcej czerwieni – i poprawiłem to co trzeba. Wszystko jest idealnie.

– Naprawdę? – ekscytuję się.

– Serio! A teraz ściągaj te rajstopy i do roboty!

 

Nie mogę pozwolić sobie na stracenie cennych minut, goniąc do toalety, więc zrzucam pięciocentymetrowe szpilki, podwijam spódnicę w górę, ściągam rajstopy wręczając je mojemu asystentowi, który stał się prawie purpurowy na twarzy i, robię najgłupszą rzecz w swoim życiu.

Cholera, serio, Megan? Serio? Nie można skomplikować sobie życia jeszcze bardziej? Rok bez seksu i już wariuję?

– Trzymaj kciuki! – przyciągam go za uszy do siebie i cmokam w usta.

Uśmiechnięta od ucha do ucha wchodzę do pomieszczenia, dać z siebie wszystko.

 

Prezentacja sama w sobie, zrobiła jeszcze większe wrażenie, niż myślałam, że zrobi. Chociaż… moje dzieci zawsze są idealne.

Kompleks z hotelem, spa i siłownią. Miejsce dla dzieci z wyspecjalizowanym personelem. Oczywiście nie jest to coś nowego, ale rozwiązania, które zastosowałam – jak basen na dachu z panoramicznym widokiem na góry Wicklow, całe otoczenie i idealny materiał z wykonaniem, dadzą coś naprawdę ekskluzywnego. Strzał w dziesiątkę. Więc mówię to wszystko i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że skądś kojarzę kobietę, która siedzi praktycznie naprzeciw mnie i wywierca mi dziurę w twarzy  natarczywym, oceniającym spojrzeniem. Mózg próbuje podesłać rozwiązanie zagadki, ale nie mam czasu się nad tym teraz zastanawiać. Po moim wystąpieniu, następuje seria pytań i chociaż to ja mam zdecydować, które z nich dostanie projekt z okolicą, wiem, że każdy z nich, będzie chciał ze mną współpracować.

– Czy byłaby możliwość, spotkać się z panią, powiedzmy w kameralnym miejscu? – pierwsza z propozycją spotkania wychodzi kobieta, która nawet nie wiem jak się nazywa. Nie będę kłamać, specjalnie nie sprawdzałam wcześniej z kim przyjdzie mi się spotkać, tak by zachować obiektywizm. Czarnoskóry mężczyzna szepce coś swojemu podwładnemu, po czym nie czekając na moją odpowiedź na zadane przez kobietę pytanie wstaje, dzięki czemu dopiero widzę jak bardzo jest umięśniony, przeciska się przede mnie, wyciągając dłoń, ujmując moją i całując ją delikatnie w nasadę. Po czym bez pożegnania wychodzą. Mężczyzna numer dwa, zadaje to samo pytanie co kobieta, więc zgadzam się na spotkanie z tą dwójką w tym samym czasie.

Mark wciągnął mnie w tą sytuację, która niby miała być prosta, a z tego co widzę i czuję zaraz po ich wyjściu, wiem, że będzie naprawdę ciężko, a to co zaważy o moim wyborze to środowisko. Całkowity brak ingerencji, zero niszczenia, wycinania – tylko wkomponowanie się w to co już jest, wraz z ekologicznymi materiałami. Wybiorę więc tego, którego będzie na to stać.

 

Więc jak już wspomniałam. Tydzień minął naprawdę szybko. Starałam się nie myśleć o Masonie. Unikać Rory’ego, nie wpatrywać się w Justina, i uciekać od każdego napotkanego faceta.

 

Nawet tego, który właśnie stoi na balkonie klubu moich przyjaciół, opierając się o metalową balustradę, zwilżając koniuszkiem języka swoje wydatne usta i rozbierając mnie wzrokiem.

 

Przepraszam! Przepraszam, że tak długo, że do Was nie zaglądam! Obiecuję nadrobię!

Pozdrawiam!